Wschód Bartka

Dla tych, którzy nie wiedzą – lubię wschód Europy / zajmuję się nim / znam się na nim. Skończyłem nawet studia kierunkowe w tym obszarze o wiele mówiącej nazwie “Studia Wschodnie” na Uniwersytecie Warszawskim (w ramach, a jakże, Wydziału Orientalistycznego). Jestem zatem orientalistą i to mimo faktu, że najbardziej orientalne miasto, które na tym wschodzie oglądałem to rosyjski Kazań w europejskiej części Rosji.

W liceum nienawidziłem lekcji języka rosyjskiego, traktując ten język podobnie jak wszyscy moi koledzy jako język wroga i w ten sposób patriotycznie uzasadniając sobie zbieranie z niego dwójek. Dopiero rozmowa z wujkiem Szymonem, który całe swoje zawodowe życie żył i handlował “ze wschodem” sprawiła, że zacząłem na niego inaczej patrzeć. Jako na kierunek mniej oczywisty niż Zachód, z którym warto byłoby umieć się dogadać.

Prawdziwy przełom przyniosły mi studia, które na UW oznaczały przekrój studentów z krajów ościennych – Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy, Gruzji czy Rosji. Pod wpływem wspaniałych ludzi, których poznałem, zacząłem uczyć się języka rosyjskiego i przy okazji poznawać ten wschód. Starałem się zrozumieć, kim są oraz jak żyją i myślą jego mieszkańcy.

Ten ostatni aspekt poprowadził mnie ostatecznie na studia wschodnie. Tam po zdaniu egzaminu na specjalizację rosyjską dowiedziałem się, że… na specjalizacji nie ma już miejsc. Zamiast specjalizacji rosyjskiej zaproponowano mi miejscówkę na “Europie Wschodniej”, co po latach bardzo doceniłem, bo pozwoliło mi wreszcie rozdzielić Europę Wschodnią i Rosję. Dołączyłem zatem do Studium Europy Wschodniej i stałem się kolejnym “agentem polskiego wpływu”.

Niezwykle hermetyczny dowcip pokazujący jak różnią się języki białoruski i rosyjski. Dodatkowy kieliszek wódki dla każdego kto da radę go zrozumieć 😉

Pozostało mi wybranie języka specjalizacyjnego – litewskiego (szybciej skończą się Litwini, niż ja nauczę się litewskiego), białoruskiego (którym nie posługuje się w zasadzie nikt z Białorusinami włącznie) lub ukraińskiego, który ostatecznie wybrałem.

Z języków zawsze byłem kiepski, dlatego wiedziałem, że aby się ich faktycznie nauczyć muszę je praktykować. Wyposażony w naturalnie polski wstyd przed posługiwaniem się językiem obcym, postanowiłem zafundować sobie terapie szokowe, jakimi były wyjazdy do krajów, w których tymi językami mówiono. Rosyjskiego uczyłem się w Petersburgu (i jestem do dzisiaj wdzięczny rodzicom, że dali radę wysupłać jakoś oszczędności na mój wyjazd tam).

Ukraińskiego uczyłem się na potrzeby egzaminu na koniec studiów. Uwalenie pierwszego terminu sprawiło, że postanowiłem pojechać do Łucka i nauczyć się języka Szewczenki stażując w konsulacie RP. Z Wołynia wracałem, mówiąc już swobodnie ku uciesze i zachwytowi Ukraińców, z którymi jechałem wspólnie samochodem.

Mój samozachwyt wyparował niedługo później, gdy na egzaminie językowym dowiedziałem się, że wcale nie mówię po ukraińsku tylko tzw. “surżykiem”, a więc mieszanką ukraińsko-rosyjską z polskimi domieszkami. Ale idzie się dogadać i o to przede wszystkim chodzi. Kiedy w 2022 roku, w listopadzie jechałem do ostrzeliwanego Kijowa nauczyłem się jeszcze dobrze wymawiać “Palanycia”, aby nikt nie pomylił mnie z Rosjaninem.

Pokazuję ten wschód przez pryzmat języków, ale moje wyjazdy i cała wschodnia “specjalizacja” to znacznie więcej niż tylko języki. Na przestrzeni lat miałem okazję trafić zarówno do stolic, jak i do miejscowości, których większość Polaków nigdy nie zobaczy. Zjeździłem kraje naszych sąsiadów marszrutkami, pociągami i samochodami. Przekupywałem białoruskie konduktorki, targowałem się o ukraińskie arbuzy.

W obwodach sumskim i czernichowskim promowałem wśród ukraińskich dzieciaków koncepcję Unii Europejskiej. W okolicy białoruskich Nanosów (konia z rzędem temu, kto wskaże to na mapie) robiłem za atrakcję turystyczną jako Polak, któremu zechciało się przyjechać do obozu pionierskiego “Zubrionok”. W rosyjskim Kazaniu debatowałem z Niemcami i Rosjanami o tym jak może wyglądać przyszłość Europy.

Tylko po to, aby to wszystko runęło, gdy Moskale pokazali swoją prawdziwą twarz.

Już dwa razy przyprawiałem moją ukochaną o nerwy i stres ruszając pociągiem do Kijowa, aby nawet w czas wojny móc, chociaż na chwilę tam wrócić. Miałem dzięki temu okazję wznosić w Kijowie kieliszek za wyzwolenie Chersonia. W kompletnych ciemnościach z powodu wyłączeń światła.

Kocham Justynę za to, że akceptuje te moje szaleństwa i chyba nawet je rozumie. To przeze mnie Drogi Gościu/Droga Gościni zatańczysz dzisiaj na parkiecie w rytm ukraińskiej muzyki i nie bez przyczyny napijesz się akurat ukraińskiej wódki. A jeżeli dobrnęliście szczęśliwie do tego ostatniego akapitu, to wznoszę toast – за вас, за нас…

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *