Autor: Redakcja

  • Regulamin Wesela

    Regulamin Wesela

    Wesele to nie jest żart. To jest poważna sprawa i rządzi się konkretnymi zasadami. Publikujemy je poniżej dla Waszej wygody.

    • Wesele rozpoczyna się na początku, a kończy, gdy Młoda Para zaśnie.
    • Każdy Gość, wchodząc na salę, zostawia za drzwiami wszystkie zmartwienia, stresy i diety.
    • Kto pojawi się na weselu w złym nastroju, będzie rozweselany.
    • Osoby mające uwagi dotyczące wesela zobowiązane będą do zorganizowania lepszego w przeciągu pół roku.
    • Nie toleruje się pustych kieliszków. Dlatego będą one od razu napełniane w celu uniknięcia zaglądania do nich zbyt głęboko.
    • Zakazane słowa wieczoru: „Jestem już za stary/stara, nie dam rady tańczyć”.
    • Jeśli brak Ci odwagi, by podbić parkiet, przejdź do sekcji z alkoholami.
    • Osoby, które zgubią wątek, nie muszą go szukać. Rano sala będzie gruntownie zamiatana i będzie go można odebrać.
    • Nie należy pić więcej, gdy nie jest się już w stanie wypowiedzieć zdania – stół z powyłamywanymi nogami.
    • Osoby niezadowolone ze swoich miejsc przy stole będą miały następnego dnia całą salę do dyspozycji.
    • Radzi się wszystkim Panom przynajmniej raz zatańczyć z własną Partnerką. Kosztuje to tylko parę minut, a unika się w ten sposób kłopotów.
    • Jeśli alkohol wyleje się na odzież, prosimy nie panikować! Zostanie przyniesiona następna butelka.
    • Dla osób, które nie znajdują żadnego powodu do śmiechu wisi lustro w łazience.
    • Zabrania się kobietom przewracania oczami oraz używania innych znaków w celu zmuszenia mężczyzn do pójścia do domu.
    • Jeśli któryś z Gości stwierdzi, że znajduje się sam na sali oznacza to, że zabawa dobiegła końca.
    • Każdy szanujący się Gość wychodząc z wesela zabiera ze sobą gościnnik. Niezabranie pakietu oznacza, że Młodzi przyjadą do Was w odwiedziny z całym pudłem sernika.
    • Wesele Justyny i Bartka zdarza się tylko raz, dlatego baw się tak, jakby jutro nie istniało. Odeśpisz kiedy indziej!
    • Każdy z uczestników jest zobowiązany do przestrzegania powyższych zasad niezależnie od rasy, koloru skóry, płci, wyznania czy przekonań politycznych pod groźbą zmywania naczyń po weselu.
  • Ciekawostki o Gościach

    Ciekawostki o Gościach

    Wesele Bartka i Justyny zgromadziło dziesiątki fantastycznych osób. Każde przywiozło swoją historię, a poniżej znajdziesz ciekawostki na ich temat.

    Najczęściej powtarzające się damskie imię na weselu to Magdalena. Męskie zaś Michał.

    Wśród gości możecie spotkać aż trzy pary bliźniąt i nie mówimy tu o znakach zodiaku!

    Poza Polakami na weselu można spotkać również osoby pochodzące z Korei Południowej, Hiszpanii, Ukrainy, Norwegii i USA/Meksyku.

    Wesele gości 38,46% składu osobowego Wydawnictwa Gospodarczego.

    Na weselu znajduje się co najmniej jeden właściciel wyżła i nie jest to (niestety) Pan Młody.

    Wesele ma charakter resortowy. Gościmy przedstawicieli Policji oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

    Na weselu bawi się w najlepsze dwoje magistrów orientalistyki.

    Do końca wesela parkiet będą podbijać uczniowie szkoły tańca Party Dance Style.

    Drugie wydanie Wiadomości Weselnych może być jeszcze lepsze, a to za sprawą aż czwórki dziennikarzy, którzy uczestniczą w tym wydarzeniu i mogą zdać relację.

    Co najmniej trzy osoby na sali mogą pokłócić się ze sobą po węgiersku, ale raczej tego nie zrobią 🙂

    Poza angielskim najczęściej znanym językiem obcym na weselu jest rosyjski, ale po wypowiedzi w tym języku warto dorzucić poprawnie wypowiedziane “Palanycia”.

    Goście, którzy przebyli największy dystans, aby dotrzeć na nasze wesele, przyjechali z Poznania.

    Ałer inglisz ken bi perfekt, ponieważ na sali gościmy co najmniej pięć nauczycielek języka angielskiego!

    O zdrowe i długie życie uczestników wesela może zadbać co najmniej sześcioro pracowników polskiej służby zdrowia 🙂

    Jeżeli sala weselna rozpadnie się od nadmiaru wrażeń, to możemy postawić nową za sprawą sześciorga absolwentów budownictwa i co najmniej jednego architekta.

    Jeżeli znajdziemy tę keję, a przy niej ten jacht, to pięcioro Gości – żeglarzy może wyruszyć w rejs 😉

    Na naszym weselu bawi się trójka świeżo upieczonych małżeństw oraz co najmniej trzy narzeczone pary. Powodzenia w przygotowaniach 😉

    Po weselu gania 20 dzieciaków poniżej 10 roku życia.

    Lecieliście kiedyś śmigłowcem? A co najmniej jeden z naszych Gości owszem. Mamy nadzieję, że u nas będzie dzisiaj głośniej niż na jego pokładzie!

  • Odkryj tajemnicę Lipowieckich Wzgórz

    Odkryj tajemnicę Lipowieckich Wzgórz

    Roztocze nie bez przyczyny nazywane jest polską Toskanią. To nie tylko lasy i pola, ale także wzgórza i winnice. Poznajcie tajemnicę jednej z nich.

    W miejscowości Lipowiec, niecałe 30 kilometrów od Józefowa znajduje się ziemia, która na wzór włoskiej zaczęła rodzić wspaniałą winorośl. Tradycje winiarskie przyjechały jednak na te tereny nie z Włoch a z Niemiec. Do tego kraju jeździ wielu mieszkańców Lubelszczyzny do pracy przy lokalnych winnicach.

    Praca u naszych sąsiadów zaowocowała zdobyciem niezbędnych umiejętności i poznaniem lokalnych szczepów wina, lepiej przystosowanych do polskiego klimatu. Nie dziwne więc, że z czasem na polskim rynku zaczęły pojawiać się szczepy charakterystyczne dla niemieckiego rynku – Solaris, Dornfelder, Chardonnay czy Johanniter.

    Warto zatrzymać się na chwilę przy samych szczepach, bo ich wybór nie jest przypadkowy. Solaris i Johanniter to tak zwane szczepy PIWI (grzybo-odporne), które zrewolucjonizowały winiarstwo w chłodniejszych klimatach. Dzięki swojej wysokiej odporności na mróz i choroby, idealnie wpisują się w warunki Roztocza, dając wina o wspaniałej aromatyczności i świeżości. Z kolei Dornfelder to popularny w Niemczech szczep czerwony, który udowadnia, że polskie czerwone wina mogą mieć piękną, głęboką barwę i bogaty owocowy charakter. Obecność klasycznego Chardonnay świadczy zaś o ambicji lokalnych winiarzy, którzy potrafią z tej wymagającej, międzynarodowej odmiany wydobyć unikalne, lokalne terroir.

    Nikt w okolicy nie wie, a przynajmniej nie zgodzi się przy jednym stole, kto sprowadził do Lipowca szczepy winorośli jako pierwszy. Faktem bezspornym jest natomiast, że w tej małej wsi można bez problemu kupić doskonałe lokalne wino i odwiedzić autentyczne, tętniące życiem winnice. Ze szczytów lipowieckich wzgórz można podziwiać malownicze rzędy posadzonej winorośli, która każdej jesieni zamienia się w kolejne setki litrów doskonałego, polskiego wina.

    Jednym z takich magicznych miejsc jest winnica Lipowieckie Wzgórze, należąca do rodziny Skubiszów. Od wielu lat produkuje wino według sprawdzonych receptur, opierając się na własnym, wieloletnim doświadczeniu i miłości do ziemi.

    Nikt w okolicy nie wie, a przynajmniej nie zgodzi się przy jednym stole, kto sprowadził do Lipowca szczepy winorośli jako pierwszy.

    Tradycja, o której mowa w przypadku Roztocza, jest wyjątkowa. Nie są to wielopokoleniowe, sięgające średniowiecza receptury. To tradycja nowa, budowana na fundamencie ciężkiej pracy, ciekawości i adaptacji. To przeniesienie niemieckiej precyzji i nowoczesnej technologii na polski, żyzny grunt. Winiarze z Lipowca nie kopiują ślepo wzorców – oni tworzą własną jakość, łącząc zdobyte za granicą know-how z głębokim zrozumieniem lokalnej ziemi. To właśnie ta autentyczność i pasja sprawiają, że wino stamtąd smakuje tak wyjątkowo.

    Historia winnic w Lipowcu to doskonały przykład szerszego zjawiska, jakim jest prawdziwy renesans polskiego winiarstwa. Przez lata uznawane za niemożliwe, dziś staje się faktem na naszych oczach. W całej Polsce, od lubuskiego, przez Małopolskę, aż po Podkarpacie i Roztocze, powstają nowe, profesjonalne winnice.

    Sprzyja temu nie tylko postępująca zmiana klimatu, ale przede wszystkim ogromna pasja, wiedza i determinacja producentów. Polskie wina zdobywają medale na międzynarodowych konkursach, a enoturystyka (turystyka winiarska) staje się coraz popularniejszym sposobem na odkrywanie uroków naszego kraju.

    Dzięki uprzejmości i hojności właścicieli goście naszego wesela mogą spróbować doskonałego, lipowieckiego wina. Dla każdej pary rodzina Panny Młodej zabutelkowała wspaniałe rose, które w ramach tradycyjnego “gościnnika” możecie zabrać ze sobą do domu. Nie musicie czekać! Lipowieckie wino czeka na Was również na weselnych stołach. Skierujcie swoje kroki do stołu z alkoholami i spróbujcie wybranych przez nas odmian. Mamy nadzieję, że przypadną Wam do gustu. A jeżeli chcecie zdobyć więcej prawdziwego, polskiego wina dla siebie lub na inną okazję, to skontaktujcie się z Panną Młodą!

  • Wschód Bartka

    Wschód Bartka

    Dla tych, którzy nie wiedzą – lubię wschód Europy / zajmuję się nim / znam się na nim. Skończyłem nawet studia kierunkowe w tym obszarze o wiele mówiącej nazwie “Studia Wschodnie” na Uniwersytecie Warszawskim (w ramach, a jakże, Wydziału Orientalistycznego). Jestem zatem orientalistą i to mimo faktu, że najbardziej orientalne miasto, które na tym wschodzie oglądałem to rosyjski Kazań w europejskiej części Rosji.

    W liceum nienawidziłem lekcji języka rosyjskiego, traktując ten język podobnie jak wszyscy moi koledzy jako język wroga i w ten sposób patriotycznie uzasadniając sobie zbieranie z niego dwójek. Dopiero rozmowa z wujkiem Szymonem, który całe swoje zawodowe życie żył i handlował “ze wschodem” sprawiła, że zacząłem na niego inaczej patrzeć. Jako na kierunek mniej oczywisty niż Zachód, z którym warto byłoby umieć się dogadać.

    Prawdziwy przełom przyniosły mi studia, które na UW oznaczały przekrój studentów z krajów ościennych – Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy, Gruzji czy Rosji. Pod wpływem wspaniałych ludzi, których poznałem, zacząłem uczyć się języka rosyjskiego i przy okazji poznawać ten wschód. Starałem się zrozumieć, kim są oraz jak żyją i myślą jego mieszkańcy.

    Ten ostatni aspekt poprowadził mnie ostatecznie na studia wschodnie. Tam po zdaniu egzaminu na specjalizację rosyjską dowiedziałem się, że… na specjalizacji nie ma już miejsc. Zamiast specjalizacji rosyjskiej zaproponowano mi miejscówkę na “Europie Wschodniej”, co po latach bardzo doceniłem, bo pozwoliło mi wreszcie rozdzielić Europę Wschodnią i Rosję. Dołączyłem zatem do Studium Europy Wschodniej i stałem się kolejnym “agentem polskiego wpływu”.

    Niezwykle hermetyczny dowcip pokazujący jak różnią się języki białoruski i rosyjski. Dodatkowy kieliszek wódki dla każdego kto da radę go zrozumieć 😉

    Pozostało mi wybranie języka specjalizacyjnego – litewskiego (szybciej skończą się Litwini, niż ja nauczę się litewskiego), białoruskiego (którym nie posługuje się w zasadzie nikt z Białorusinami włącznie) lub ukraińskiego, który ostatecznie wybrałem.

    Z języków zawsze byłem kiepski, dlatego wiedziałem, że aby się ich faktycznie nauczyć muszę je praktykować. Wyposażony w naturalnie polski wstyd przed posługiwaniem się językiem obcym, postanowiłem zafundować sobie terapie szokowe, jakimi były wyjazdy do krajów, w których tymi językami mówiono. Rosyjskiego uczyłem się w Petersburgu (i jestem do dzisiaj wdzięczny rodzicom, że dali radę wysupłać jakoś oszczędności na mój wyjazd tam).

    Ukraińskiego uczyłem się na potrzeby egzaminu na koniec studiów. Uwalenie pierwszego terminu sprawiło, że postanowiłem pojechać do Łucka i nauczyć się języka Szewczenki stażując w konsulacie RP. Z Wołynia wracałem, mówiąc już swobodnie ku uciesze i zachwytowi Ukraińców, z którymi jechałem wspólnie samochodem.

    Mój samozachwyt wyparował niedługo później, gdy na egzaminie językowym dowiedziałem się, że wcale nie mówię po ukraińsku tylko tzw. “surżykiem”, a więc mieszanką ukraińsko-rosyjską z polskimi domieszkami. Ale idzie się dogadać i o to przede wszystkim chodzi. Kiedy w 2022 roku, w listopadzie jechałem do ostrzeliwanego Kijowa nauczyłem się jeszcze dobrze wymawiać “Palanycia”, aby nikt nie pomylił mnie z Rosjaninem.

    Pokazuję ten wschód przez pryzmat języków, ale moje wyjazdy i cała wschodnia “specjalizacja” to znacznie więcej niż tylko języki. Na przestrzeni lat miałem okazję trafić zarówno do stolic, jak i do miejscowości, których większość Polaków nigdy nie zobaczy. Zjeździłem kraje naszych sąsiadów marszrutkami, pociągami i samochodami. Przekupywałem białoruskie konduktorki, targowałem się o ukraińskie arbuzy.

    W obwodach sumskim i czernichowskim promowałem wśród ukraińskich dzieciaków koncepcję Unii Europejskiej. W okolicy białoruskich Nanosów (konia z rzędem temu, kto wskaże to na mapie) robiłem za atrakcję turystyczną jako Polak, któremu zechciało się przyjechać do obozu pionierskiego “Zubrionok”. W rosyjskim Kazaniu debatowałem z Niemcami i Rosjanami o tym jak może wyglądać przyszłość Europy.

    Tylko po to, aby to wszystko runęło, gdy Moskale pokazali swoją prawdziwą twarz.

    Już dwa razy przyprawiałem moją ukochaną o nerwy i stres ruszając pociągiem do Kijowa, aby nawet w czas wojny móc, chociaż na chwilę tam wrócić. Miałem dzięki temu okazję wznosić w Kijowie kieliszek za wyzwolenie Chersonia. W kompletnych ciemnościach z powodu wyłączeń światła.

    Kocham Justynę za to, że akceptuje te moje szaleństwa i chyba nawet je rozumie. To przeze mnie Drogi Gościu/Droga Gościni zatańczysz dzisiaj na parkiecie w rytm ukraińskiej muzyki i nie bez przyczyny napijesz się akurat ukraińskiej wódki. A jeżeli dobrnęliście szczęśliwie do tego ostatniego akapitu, to wznoszę toast – за вас, за нас…

  • Roztańczona

    Roztańczona

    Justyna kocha tańczyć. Część osób o tym doskonale wie, a pozostali zobaczą to dzisiaj na parkiecie.

    Kiedyś w podstawówce raczej podpierałam ściany na szkolnych dyskotekach. W liceum byłam na kilku lekcjach tańca towarzyskiego w domu kultury w Biłgoraju, co było pierwszym zetknięciem się z nauką tańca. Nauczyłam się tam podstawowych kroków w tańcach typu cha-cha, rumba czy walc angielski. Do dziś z radością wspominam tę przygodę.

    W weekendy zaś, siedząc blisko przed ekranem telewizora, śledziłam poczynania na parkiecie „Tańca z Gwiazdami”. Nie, nie, ten cały świat gwiazd mnie nie interesował, tu o taniec zawsze chodziło! Po zamieszkaniu w Warszawie, pojawiły się wyjścia taneczne do klubów z Lolkami, lekcje salsy z Madzią, zumba z Asią i Ewą, no i w końcu taniec w parach w szkole Party Dance Style (PDS).

    Z Lolkami akademikowymi chodziliśmy do Proximy (było mega blisko ze „Żwirka”), Club70 (już nieczynny niestety) czy Stereo przy Nowym Świecie. Zdarzały się też tańce w pokojach w akademiku. Było ekstra, dzięki Kochani!

    Z Madzią kiedyś wykupiłyśmy sobie kilka lekcji salsy. Mówię do niej: „Dawaj, pójdźmy od razu na poziom wyższy, przecież na pierwszym poziomie to na pewno uczą tylko kroku podstawowego”. Poszłyśmy i po 10 minutach zorientowałyśmy się, że jednak trzeba zacząć od poziomu P1. 😀

    Potem trafiłam na zajęcia z zumby u Oktawiana na Żoliborzu. No i przepadłam! W każdy piątek wieczorem 1.5 h skakania dawało dużą dawkę endorfin i lepszą kondycję.

    Przy okazji poznałam nowe osoby! Na przykład obecne na weselu Asię i Ewę. Przez kilka lat wspólnie spędzałyśmy piątki wieczorem tańcząc, spalając kalorie i przy tym wszystkim świetnie się bawiąc. Bywało, że w ciągu tygodnia bywałam trzy razy na zumbie. Już dawno nie byłam na podobnych zajęciach, ale wciąż chcę na nie wrócić!

    Aż w końcu to w roku 2016 trafiłam na lekcje tańca w parach na PDS. Pamiętam, że na pierwsze zajęcia nie weszłam! Przez drzwi na Chmielnej zobaczyłam jak inni tańczą jeszcze przed zajęciami i się przeraziłam. „Przecież oni tam wymiatają, ja tak nie potrafię.” I uciekłam. Ale nie poddałam się i poszłam na swoje pierwsze zajęcia na Platynową w niedzielę. I tu znowu wpadłam jak śliwka w kompot, na dużo dłużej!

    Od tamtej niedzieli w październiku w 2016 roku bez PDSu ciężko żyć. Zawsze marzyłam, by mieć buty taneczne, i teraz mam 3 pary! Dziś na parkiecie weselnym można podziwiać tancerzy z tej szkoły tańca. Pięknie tańczą, nieprawdaż? Tak, jest to lokowanie produktu (@Żanciu, robię reklamę.)

    Tutaj nieskromnie mogę pochwalić się pewnymi osiągnięciami. Podczas zawodów tanecznych zwanych „Mistrzostwami Polski Party Dance Style i modern jive” zdobyłam trzy razy pierwsze miejsce oraz raz miejsce trzecie. Czy wspominałam, że kocham tańczyć? Dziękuję instruktorom oraz wszystkim partnerom i partnerkom z PDSu za radość na parkiecie! Spełniam marzenie o tańcu dzięki Wam!

    Moja pasja do tańca to dowód na to, że można się w związku pięknie różnić. Mój Bartek nigdy nie wyszedł z etapu podpierania parkietu, więc pracując nad harmonogramem wesela, to właśnie ja dbałam o to, aby nie zabrakło czasu na taniec.

    Wiem, że to dla mnie Bartek tańczy pierwszy taniec i jestem ze swojego od dziś męża bardzo dumna. Dzielnie ćwiczył ze mną układ do piosenki Perfect. To moja pierwsza w życiu, samodzielnie ułożona choreografia. Starałam się zawrzeć w niej wiele elementów, których przez lata się nauczyłam. Z dumą podkreślam też, że Bartek dorzucił kilka swoich pomysłów, więc może w końcu uda mi się go przekonać, aby szedł przez życie bardziej tanecznym krokiem!

    Mam nadzieję, że nasz układ Wam się spodoba. Do zobaczenia na parkiecie! Na pewno z łatwością mnie tam spotkacie!

  • Nasze Ukochane Roztocze

    Nasze Ukochane Roztocze

    Roztocze to kraina słońca, lasów i niezwykłej historii. Jeśli to Wasza pierwsza wizyta, mamy nadzieję, że poczujecie tę magię.

    Gdybyście mieli chwilę po weselu lub planowali tu kiedyś wrócić, z całego serca polecamy Wam odkryć kilka naszych ulubionych miejsc:

    Józefów – Kamieniołomy i Ślady Sztetla Miasto rodzinne Panny Młodej! Jeżeli lubicie miejsca z „czymś więcej”, zajrzyjcie do Józefowa. Znajdziecie tam stary kamieniołom (idealny na zdjęcia!) oraz fascynujące ślady dawnej kultury żydowskiej – to było kiedyś tętniące życiem miasteczko (sztetl) z jedną z najważniejszych drukarni hebrajskich w dawnej Polsce.

    Zamość – Miasto Idealne To prawdziwa perła renesansu, wpisana na listę UNESCO. Koniecznie przespacerujcie się po Rynku Wielkim (to idealny kwadrat 100x100m!) i zobaczcie przepiękne, kolorowe kamienice ormiańskie. To jak podróż w czasie do XVI-wiecznych Włoch, tylko… na Roztoczu!

    „Szumy” na rzece Tanew To nasza definicja relaksu. Seria małych, kaskadowych wodospadów ukrytych w sosnowym lesie. Sam dźwięk szumiącej wody działa kojąco. Idealne miejsce na spacer i złapanie oddechu po długiej nocy!

    Zwierzyniec i Kościółek „Na Wodzie” Absolutnie magiczne miejsce i serce Roztoczańskiego Parku Narodowego. Czeka tam na Was urokliwy, barokowy kościółek św. Jana Nepomucena, malowniczo położony na wyspie pośrodku stawu. Widok jak z pocztówki.

    Polska Toskania (i Koniki Polskie!) Roztocze nie bez powodu nazywane jest „Polską Toskanią”. To kraina łagodnych, nasłonecznionych wzgórz, winnic i zapachu żywicy. A pośród tych lasów, w specjalnej ostoi, można spotkać koniki polskie – bezpośrednich potomków dzikich tarpanów, żyjących niemal na wolności.

  • Czego nie wiesz o Bartku i Justynie

    Czego nie wiesz o Bartku i Justynie

    Czyli ciekawostki z naszego życia

    • Justyna na początku nie znosiła Bartka, bo był strasznie zadufany w sobie!
    • Bartek ma jedną, ulubioną rasę psów. Zdarza mu się o tym wspominać mniej więcej 5 razy dziennie, codziennie od kilku lat.
    • Justyna wydrukowała sobie na pamiątkę kilkustronicowe piękne maile od Bartka z początku znajomości.
    • W domu Justyny i Bartka gotuje najczęściej Bartek. Lubi powtarzać, że to jedyne hobby, na jakie ostatnio znajduje czas.
    • Justyna uwielbia serial “Pamiętniki Wampirów”. Dopiero po jego obejrzeniu Bartek zrozumiał z kim przyszło mu konkurować. I wygrał! Czy udało Ci się dostrzec “wampirzy” akcent w ich pierwszym tańcu?
    • Justyna od wczesnych lat nastoletnich jest wierną fanką polskich siatkarzy. Jak się kiedyś nudziła w wakacje, wymyślała rymowane wierszyki o siatkarzach. Nie, nie było wtedy AI.
    • Justyna raz na jakiś czas reorganizuje szafę z ubraniami Bartka, starając się osiągnąć optymalne i wydajne ułożenie ubrań. Nie tylko szafę zresztą. Cały dom to wielki, logistyczny projekt.
    • Justyna rzadko prowadzi samochód, ale kategorycznie nie zgadza się na nazywanie jej “Passenger Princess”. Wymyślone przez Bartka “Passenger Peasant” również się nie przyjęło.
    • Ulubionym wykonawcą muzycznym Bartka jest Pitbull, którego nazywa “Mozartem XXI wieku”. Czy wiesz, że on kiedyś był biedny, ale już nie jest? (Pitbull, nie Bartek)
    • Bartek i Justyna często przekomarzają się o podróżowanie komunikacją miejską. Justyna ją uwielbia i często wspomina, że wychowany w Warszawie Bartek nie potrafi docenić jak wspaniale jest móc wszędzie dojechać “Zbiorkomem”.
    • Justyna się nigdy nie poddaje. Zajęło jej 6 lat, aby przekonać Bartka do zostania fitnesiarą i został! Teraz ćwiczy częściej od niej!
    • Justyna ma silną wolę. Chyba że chodzi o jedzenie słodyczy. Albo oglądanie seriali. Wtedy nie ma silnej woli.
    rbt
    • Bartek jest zawodowym sportowcem! Ma piątą kategorię szachową i uczestniczył w regularnych zawodach w tej dyscyplinie.
    • Bartek nie lubi Litwinów, bo jak twierdzi ukradli Białorusinom całą historię.
    • Justyna uczy języka angielskiego, a niektórych uczniów przeprowadziła przez cały okres nauki od pierwszej klasy podstawówki aż do matury. Jedną z jej uczennic możesz spotkać dzisiaj na weselu!
    • Bartek ma brata Marka. Ma też “brata z innej matki” imieniem Kamil, którego zna od 32 lat. Można go z łatwością znaleźć na weselu, bo ma brodę i okulary.
    • Bartek kupił swój pierwszy samochód za 1500 zł. Dwa razy pękły w nim linki hamulcowe (podczas hamowania). Mimo to do dzisiaj uwielbia markę Fiat i z rozrzewnieniem wspomina Brawosia. Ale na co dzień jeździ Skodą.
    • Podczas nauki w liceum Justyna mieszkała w internacie w 4-osobowym pokoju. Wspaniałe lata!
    • Bartek długo był przekonany, że Tata Justyny błędnie wymawia nazwę przygranicznego miasta Terespol. Dopiero po pewnym czasie odkrył istnienie Tereszpola.
    • Bartek lubi wspominać, że jest w 1 / 8 przedstawicielem jakiejś narodowości. Przeważnie są to różne narodowości. Naturalnie jest ich też więcej niż 8.
    • Do tej pory Justyna tylko raz wzięła udział w biegu na 5km. Wciąż ma nadzieję, że zacznie więcej biegać.
    • Nasza para dała kiedyś łapówkę policjantowi w Ukrainie. Justyna strasznie się bała. Policjant natomiast próbował odpytać Bartka kto by wygrał w meczu 1:1 – Lewandowski czy Szewczenko. Bartek powiedział, że nie ogląda piłki nożnej. Policjant był rozczarowany jego postawą.
    • Kiedy Justyna mówi, że przyniesie na imprezę “domowe wino”, to nie mówi o winie z czarnej porzeczki z małego gąsiorka a o profesjonalnie zabutelkowanym winie powstałym zgodnie ze wszystkimi zasadami winiarskiej sztuki prosto na zielonym Roztoczu. Tego samego wina możesz się dzisiaj napić na weselu!
    • Bartek regularnie wspomina, że chciałby zdelegalizować Koleje Mazowieckie.
    • Bartek lubi powtarzać, że jest w top 10 najlepszych ekspertów od Białorusi w Polsce, bo jest ich tylko ośmioro.
  • Wywiad z BaJu

    Wywiad z BaJu

    Justyna i Bartek biorą ślub! Z tej okazji publikujemy unikalny i niepowtarzalny wywiad z tą lubianą parą. Poznajcie ich historię!

    Łucjan Stępnicki: Drodzy, powiedzcie jak się poznaliście?

    Justyna: Nasza historia zaczęła się w 2013 roku, oczywiście w akademiku – bo jak wiadomo, tam odbywały się najlepsze imprezy. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Pierwszy raz minęliśmy się, gdy Bartek zapukał do mojego pokoju (1028!), szukając Iwony. Jej tam nie było, ale to było nasze pierwsze „starcie”.

    Prawdziwy przełom nastąpił jednak niedługo później. Wróciłam wyczerpana po swojej pierwszej konferencji naukowej w Monachium – to był mój pierwszy lot, pierwsza poważna konferencja – wielkie przeżycie. Weszłam do pokoju i… zastałam imprezę. Pomyślałam tylko: „No to pospałam!”. Na szczęście moja współlokatorka Madzia zlitowała się nade mną i zabrała ekipę gdzie indziej.

    Padłam na łóżko, ale spokój nie trwał długo. Do pokoju wszedł Bartek. Był lekko wstawiony, przyklęknął przy moim łóżku i zaczął… wyjmować mi wsuwki z włosów. Zaskoczona, uciekłam na korytarz!

    Ale od tego czasu Bartek zaczął pisać częściej. A potrafi pięknie pisać (i mówić też!). I tak, słowo po słowie, powoli kruszył mój pancerz. Uczucie rosło, aż staliśmy się sobie bliscy.

    Ł.S.: Ale chyba po pięknym początku, sprawy się skomplikowały. Jak to było?

    J.: I tak było! Oficjalnie staliśmy się parą w Sylwestra 2013/2014 w Klembowie.

    Mieliśmy wtedy zatańczyć do piosenki „Juliet”, ale wieczór skończył się… inaczej. Bartkowi przytrzaśnięto palec…

    Bartek: Kamil, pamiętam!

    J: …i wylądował na pogotowiu. Taniec się nie odbył, ale zabawa z owiniętym palcem i tak była udana.

    Byliśmy ze sobą przez pół roku. Jednak w pewien czerwcowy wieczór Bartek postanowił ze mną zerwać. Twierdził, że to nie był nagły pomysł, ale coś, co długo przemyślał. No i wiadomo – złamane serce. Cierpiałam, ale na szczęście miałam wokół siebie cudownych przyjaciół, którzy wyciągali mnie z dołka.

    Życie płynęło dalej. Zajęłam się magisterką, pracą, korepetycjami, zumbą i tańcami. I tak minęły 4 lata. Przez ten czas mieliśmy z Bartkiem bardzo sporadyczny kontakt. Ale ponieważ mieliśmy wspólnych znajomych, temat „tego drugiego” zawsze gdzieś się w rozmowach pojawiał. Przez te 4 lata sporo wody upłynęło, oboje bardzo dojrzeliśmy i dorośliśmy.

    W pewnym momencie wznowiliśmy kontakt. Aż pewnej soboty, na imprezie u Kamila i Karoliny na Jagiellońskiej, Bartek powiedział do mnie, gdy tak siedziałam obok, żebyśmy się ponownie zeszli. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Nie zmrużyłam już oka tej nocy, analizując ten obrót sytuacji.

    W poniedziałek wieczorem umówiliśmy się na spacer, żeby porozmawiać. Postanowiłam dać Bartkowi jeszcze jedną szansę, bo przez te 4 lata uczucie nie wygasło w żadnym z nas.

    Od tamtego momentu jesteśmy ze sobą po raz drugi. Myślę, że nasza historia jest przykładem tego, że warto dawać sobie drugą szansę. Nie nazwałabym tego „wejściem do tej samej rzeki” – oboje, wchodząc w ten związek po raz drugi, byliśmy już innymi osobami.

    Ł.S.: Muszę przyznać, że Wasza historia to gotowy materiał na scenariusz! Jest tu wszystko: wielkie wejście (i te słynne wsuwki!), dramatyczne rozstanie i ten niesamowity powrót po latach, który pokazuje ogromną dojrzałość.

    Bartku, Justyna pięknie opowiedziała o tym, jak 'kruszyłeś jej pancerz’ słowami. A co Ty, patrząc na nią dzisiaj,

    po tych wszystkich wspólnych doświadczeniach i latach, cenisz w niej najbardziej?

    B.: To tak jakbym miał odpowiedzieć na pytanie co najbardziej cenię w życiu (śmiech). Dzięki Justynie przede wszystkim pokochałem to swoje życie i odkryłem, że jest pełne wspaniałości. Cenię ją za jej cierpliwość, do mnie i nie tylko. Za to, że w każdym stara się dostrzec dobro i każdego usprawiedliwia.

    Trochę zrzędzę, gdy stawia innych na pierwszym miejscu, bo boję się, aby nikt jej nie wykorzystywał, ale wiem, że sam jestem pewnie trochę beneficjentem tej cechy. Kocham Justynę za każdą wyjątkową chwilę, którą wspólnie przeżyliśmy i za każdą małą, zwyczajną rzecz, która każdego dnia składa się na obraz naszej relacji. I czy wspominałem, że za cierpliwość? Bywam męczący i czasami się dziwię, że wciąż ma jej do mnie tyle. Poza tym warto wspomnieć, że po skromnych siedmiu latach propagandy zgodziła się na adopcję wyżła!

    Ł.S.: Odwróćmy pytanie. Justyno, a co Ciebie ujmuje najbardziej w Bartku?

    J.: Wiele kwestii. Uwielbiam to, że mogę być przy nim sobą i akceptuje mnie taką jaką jestem. A jeśli próbuje zmieniać, to tylko na lepsze, bym potrafiła z większą miłością patrzeć na siebie. Jest moim domem, bezpieczną przystanią i najbliższą mi osobą, z którą uwielbiam iść przez życie.

    Bardzo cenię jego intelekt i bystrość. Kocham nasze codzienne rozmowy na błahe i ważniejsze tematy. Kocham poczucie humoru Bartka, czasem rozbawia mnie naprawdę do łez. Jest moim największym wsparciem, moją “kłodą”. A na dodatek, zna moje wady i wciąż mnie kocha!

    Ł.S.: Żyjecie ze sobą już kawał czasu, więc pewnie dorobiliście się jakichś rytuałów i rutyn, które powtarzacie. Czy możecie zdradzić nam kilka?

    B.: Nauczyłem się, że rutyna nie jest niczym złym i przynosi nam tak bardzo potrzebny spokój. Jednocześnie staramy się, aby te nasze rytuały pomagały nam w budowaniu i umacnianiu naszej relacji. Dla mnie chyba najważniejszym są nasze codzienne rozmowy. Po powrocie z pracy zawsze “opowiadamy sobie dzień”, dzieląc się tymi dużymi i małymi rzeczami. To bardzo pomaga rozluźnić się i zwolnić po stresującym dniu. W czasie takiej rozmowy możemy wspólnie gotować, Justyna czasami ćwiczy.

    Chciałbym też podkreślić, że bardzo często sięgam po jej wiedzę i doświadczenie w zakresie prowadzenia firmy. Justyna jest “korpoludkiem” i zawsze pracowała w organizacjach o bardzo konkretnej strukturze. Zderzamy sobie zatem perspektywy “wielkiej firmy” i “małej firmy” i wychodzą z tego naprawdę ciekawe rzeczy, które bardzo pomagają mi poukładać sobie wszystko. Co rano kiedy wychodzę do pracy, Justyna żegna mnie w drzwiach, a jeżeli jest w domu kiedy wrócę, to również wita mnie w przedpokoju. To buduje mój spokój i daje poczucie “powrotu do portu”.

    J.: Ale nasze życie to nie tylko praca! Uwielbiamy wymyślać sobie różne imiona i przezwiska.

    Te najbardziej abstrakcyjne wymyśla Bartek. Kiedyś zaczął mówić do mnie “Kochpyś” oraz Miłości Pyś, potem przerobił to na “Panią Kochpysiową”, a jak byliśmy we Włoszech, wrzucił “Miłości Pyś” w Google Translate, który przerobił to na “Amore Puff”. Mam nadzieję tylko, że to nie będzie jak w tym dowcipie, że po kilku latach zapomnimy, jak naprawdę mamy na imię (śmiech). Ma też w zwyczaju mówić do mnie per “Pani” i tak się przyjęło, że często zwracamy się do siebie na “Pan/Pani” co musi dla osób postronnych brzmieć dziwnie.

    B.: Mamy inne cykle dnia i nocy, chociaż Justyna nie bardzo wierzy w istnienie chronotypów i twierdzi, że wystarczy po prostu wcześniej wstawać i kłaść się spać.

    Ja uwielbiam siedzieć wieczorami do późna, podczas gdy Justyna około 22-23 zaczyna już odpływać. Kiedy podejmuje decyzję, że idzie do łóżka to zawsze mówi “tylko proszę nie siedzieć długo” w trosce o to, abym wyspał się przed następnym dniem. Lubię czasami te momenty, kiedy to akurat ona siedzi dłużej wieczorami i ja mogę przestrzec ją przed zgubnymi skutkami zarywania nocy!

    J.: Tutaj muszę podkreślić, że Bartek mówi o wyżłach – bardzo lubi te psy i chyba tęskni za swoimi dwoma “Wirusami”, więc często w kompletnie przypadkowych momentach wspomina o tej rasie. Każdego dnia słucham, że przydałby się wyżeł albo ile tych wyżłów by się przydało. Lubi też przerabiać polskie przysłowia i związki frazeologiczne na takie, które zawierają wzmianki o wyżłach. Od pewnego czasu zaczął też używać tych wyżłów w zdaniach po angielsku i zamiast mówić “That’s the whole point” mówi “That’s the whole pointer”… Może lepiej tego nie piszcie, bo wyjdzie na wariata, ale kocham go, bo to mój wariat 🙂

    Ł.S. Bawicie się dzisiaj na Roztoczu, niedaleko rodzinnego Józefowa Justyny, a na co dzień mieszkacie w Warszawie. Czy często podróżujecie między tymi dwoma miastami?

    J.: Tak, jesteśmy z dwóch różnych miast, ale często jeździmy na Roztocze, aby trochę odetchnąć. Kiedy wychowywałam się tutaj nie widziałam aż tylu zalet “małej, lubelskiej miejscowości” jaką jest Józefów. Dopiero kiedy zaczęłam tu przyjeżdżać po latach, wyrywając się z zabieganej Warszawy zobaczyłam jak bardzo mogę odpocząć w domu rodzinnym. Bartkowi chyba też się podoba, bo nawet przechrzcił Józefów na “Justynkowo”.

    Bartek mówi o wyżłach – bardzo lubi te psy (…) często w kompletnie przypadkowych momentach wspomina o tej rasie.

    B.: Często jeździmy na Roztocze. Tutaj również mamy kilka rytuałów. Kiedy jeździmy do domu Justyny do Józefowa, to przejeżdżając przez podwarszawski Józefów, zawsze mówimy, że “jesteśmy na miejscu” co jest tak suche, że aż zabawne. Z drugiej strony, gdy wracamy do Warszawy to przejeżdżając przez Wisłę lubimy włączyć piosenki sanah “Eldorado” lub “Warszawa” opartą o wiersz Juliana Tuwima o tym mieście. Podróżowanie to też świetna okazja, aby ze sobą porozmawiać.

    Natomiast co do samego Roztocza, to pokochałem je strasznie głównie za ten spokój i ciszę. Doskonale tam śpię i czasami śmieję się, że jest tam żyła wodna, bo zaczynam ziewać zaraz po wjechaniu do powiatu biłgorajskiego. W Justynkowie mogę wyjść na świeże powietrze i poczytać książkę. Do posiłków wykorzystać świeże warzywa i owoce z ogródka teściowej albo jajka od cioci Izy. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć też o absurdalnie wielkich zapasach wina, którym teść bardzo lubi mnie częstować. Już kilkukrotnie szukając miejsca na wakacje lub krótszy odpoczynek decydowaliśmy się po prostu przyjechać tutaj i nigdy nie żałowaliśmy.

    Ł.S.: Jak wyglądały zaręczyny?

    B: Było wspaniale i absolutnie filmowo, ale raczej z kategorii “komedii romantycznych”. Pierścionek kupiłem dosłownie w ostatniej chwili, cudem przeniosłem go przez kontrolę na lotnisku, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia ze skanującym mój bagaż kontrolerem. Gdy przylecieliśmy do Wenecji, zastała nas potworna ulewa. Następnego dnia, gdy szliśmy na spacer pokazać rodzicom Justyny piękno tego miasta, to… również lało jak z cebra. W efekcie przemykaliśmy się między uliczkami w przemoczonych ubraniach, a ja nosiłem strasznie duże pudełko z pierścionkiem na piersi zachodząc w głowę gdzie będę mógł “paść na kolano”.

    J: Byłam bardzo zdenerwowana, bo chciałam pokazać rodzicom to miasto. Planów Bartka oczywiście nie znałam, więc skupiałam się na tym jak bardzo trudno jest dostrzec piękno Wenecji, gdy miasto jest skąpane w strugach deszczu. Z każdym kolejnym “przystankiem” denerwowałam się i stresowałam coraz bardziej…

    B: A ja widząc to zdenerwowanie, coraz bardziej czułem, że nie uda mi się zadać tego kluczowego pytania tutaj. Pod koniec dnia, gdy byliśmy przemoknięci do suchej nitki i minęliśmy ostatni, wybrany punkt, gdzie mogłem uklęknąć, aby było “pięknie” zapytałem Justynę, co jest lepsze — Wenecja w deszczu, czy Florencja w słońcu. Następnego dnia mieliśmy po śniadaniu jechać właśnie do stolicy Toskanii. Odpowiedziała, że mimo wszystko Wenecja, więc plan musiał zostać zrealizowany tutaj.

    J. Następnego dnia po śniadaniu, Bartek nagle doszedł do wniosku, że jest jeszcze jedno miejsce, które chce nam pokazać i że wszyscy mamy iść za nim.

    Tłumacząc się tym, że deszcz zelżał, nie chciał schować pod pelerynę przeciwdeszczową swojego plecaka. Kierując się mapą, poprowadził nas na ten sam, przepiękny i absolutnie zwyczajny pomostek wychodzący na Canale Grande, który zachwycił nas, gdy po raz pierwszy pokazywał mi Wenecję. Tam wyszliśmy i powiedział, że będzie mi robił zdjęcia, a po chwili zaproponował, abym się obróciła i rozłożyła ręce. Serce uderzyło mi szybciej, bo to chyba miał być ten moment!

    B. I ja wtedy, na środku kanału, na drewnianym mostku o szerokości 1 metra padam na kolano, ściągam ten przeklęty plecak, wyciągam pudełko, z pudełka drugie pudełko, a z tego pudełka pierścionek. Ręce latały mi tak, że chociaż wcześniej się z tego śmiałem, teraz poważnie zacząłem się obawiać, że wrzucę pierścionek do wody. Poprosiłem Justynę, żeby się odwróciła i zapytałem, czy zostanie moją żoną.

    J. Powiedziałam “tak” i w ten sposób 5 października 2024 roku stałam się jego narzeczoną.

  • Wspaniałe Wesele na zielonym Roztoczu

    Wspaniałe Wesele na zielonym Roztoczu

    Goście z całej Polski na zabawie w Krasnobrodzie!

    O 15:00 czasu lokalnego zabrzmią organy i rozpocznie się ceremonia zaślubin. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to po mszy świat powita nowe małżeństwo — Justynę i Bartka.

    Na zaproszenie nowożeńców do miasta Krasnobród zjechali się goście z całej Polski. Rodzina i przyjaciele, którzy wraz z młodymi będą się bawić i tańczyć do samego rana.

    Dla Gości nie zabraknie atrakcji. W sali rozbrzmiewać będzie wybrana przez Młodych muzyka, a stoły uginać się będą od przepysznego jedzenia. Zgodnie z polskimi tradycjami na stołach nie zabraknie również alkoholu, w tym lokalnych, niezwykłych trunków.

    “Pierwszy raz w życiu jestem świadkiem, więc trudno mi porównać do czegoś to uczucie, ale znam młodych od dawna i jestem przekonany, że zapowiada się szampańska zabawa do białego rana” – mówi Kamil, świadek Pana Młodego, a na co dzień jego przyjaciel od najwcześniejszych lat dzieciństwa.

  • Radość w Wenecji

    Radość w Wenecji

    Powiedziała TAK (w deszczu)

    W ulewnym deszczu w Wenecji Bartek z pierścionkiem ukrytym w plecaku szukał idealnego momentu, by uklęknąć. W końcu, na małym pomoście nad Canale Grande, mimo mokrych ubrań i drżących rąk, padło upragnione „tak”. Zaczął się kolejny rozdział w życiu Bartka i Justyny, a jak do niego doszło, przeczytacie w wywiadzie.