Justyna i Bartek biorą ślub! Z tej okazji publikujemy unikalny i niepowtarzalny wywiad z tą lubianą parą. Poznajcie ich historię!
Łucjan Stępnicki: Drodzy, powiedzcie jak się poznaliście?
Justyna: Nasza historia zaczęła się w 2013 roku, oczywiście w akademiku – bo jak wiadomo, tam odbywały się najlepsze imprezy. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Pierwszy raz minęliśmy się, gdy Bartek zapukał do mojego pokoju (1028!), szukając Iwony. Jej tam nie było, ale to było nasze pierwsze „starcie”.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak niedługo później. Wróciłam wyczerpana po swojej pierwszej konferencji naukowej w Monachium – to był mój pierwszy lot, pierwsza poważna konferencja – wielkie przeżycie. Weszłam do pokoju i… zastałam imprezę. Pomyślałam tylko: „No to pospałam!”. Na szczęście moja współlokatorka Madzia zlitowała się nade mną i zabrała ekipę gdzie indziej.
Padłam na łóżko, ale spokój nie trwał długo. Do pokoju wszedł Bartek. Był lekko wstawiony, przyklęknął przy moim łóżku i zaczął… wyjmować mi wsuwki z włosów. Zaskoczona, uciekłam na korytarz!
Ale od tego czasu Bartek zaczął pisać częściej. A potrafi pięknie pisać (i mówić też!). I tak, słowo po słowie, powoli kruszył mój pancerz. Uczucie rosło, aż staliśmy się sobie bliscy.
Ł.S.: Ale chyba po pięknym początku, sprawy się skomplikowały. Jak to było?
J.: I tak było! Oficjalnie staliśmy się parą w Sylwestra 2013/2014 w Klembowie.
Mieliśmy wtedy zatańczyć do piosenki „Juliet”, ale wieczór skończył się… inaczej. Bartkowi przytrzaśnięto palec…
Bartek: Kamil, pamiętam!
J: …i wylądował na pogotowiu. Taniec się nie odbył, ale zabawa z owiniętym palcem i tak była udana.
Byliśmy ze sobą przez pół roku. Jednak w pewien czerwcowy wieczór Bartek postanowił ze mną zerwać. Twierdził, że to nie był nagły pomysł, ale coś, co długo przemyślał. No i wiadomo – złamane serce. Cierpiałam, ale na szczęście miałam wokół siebie cudownych przyjaciół, którzy wyciągali mnie z dołka.
Życie płynęło dalej. Zajęłam się magisterką, pracą, korepetycjami, zumbą i tańcami. I tak minęły 4 lata. Przez ten czas mieliśmy z Bartkiem bardzo sporadyczny kontakt. Ale ponieważ mieliśmy wspólnych znajomych, temat „tego drugiego” zawsze gdzieś się w rozmowach pojawiał. Przez te 4 lata sporo wody upłynęło, oboje bardzo dojrzeliśmy i dorośliśmy.
W pewnym momencie wznowiliśmy kontakt. Aż pewnej soboty, na imprezie u Kamila i Karoliny na Jagiellońskiej, Bartek powiedział do mnie, gdy tak siedziałam obok, żebyśmy się ponownie zeszli. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Nie zmrużyłam już oka tej nocy, analizując ten obrót sytuacji.
W poniedziałek wieczorem umówiliśmy się na spacer, żeby porozmawiać. Postanowiłam dać Bartkowi jeszcze jedną szansę, bo przez te 4 lata uczucie nie wygasło w żadnym z nas.
Od tamtego momentu jesteśmy ze sobą po raz drugi. Myślę, że nasza historia jest przykładem tego, że warto dawać sobie drugą szansę. Nie nazwałabym tego „wejściem do tej samej rzeki” – oboje, wchodząc w ten związek po raz drugi, byliśmy już innymi osobami.

Ł.S.: Muszę przyznać, że Wasza historia to gotowy materiał na scenariusz! Jest tu wszystko: wielkie wejście (i te słynne wsuwki!), dramatyczne rozstanie i ten niesamowity powrót po latach, który pokazuje ogromną dojrzałość.
Bartku, Justyna pięknie opowiedziała o tym, jak 'kruszyłeś jej pancerz’ słowami. A co Ty, patrząc na nią dzisiaj,
po tych wszystkich wspólnych doświadczeniach i latach, cenisz w niej najbardziej?
B.: To tak jakbym miał odpowiedzieć na pytanie co najbardziej cenię w życiu (śmiech). Dzięki Justynie przede wszystkim pokochałem to swoje życie i odkryłem, że jest pełne wspaniałości. Cenię ją za jej cierpliwość, do mnie i nie tylko. Za to, że w każdym stara się dostrzec dobro i każdego usprawiedliwia.
Trochę zrzędzę, gdy stawia innych na pierwszym miejscu, bo boję się, aby nikt jej nie wykorzystywał, ale wiem, że sam jestem pewnie trochę beneficjentem tej cechy. Kocham Justynę za każdą wyjątkową chwilę, którą wspólnie przeżyliśmy i za każdą małą, zwyczajną rzecz, która każdego dnia składa się na obraz naszej relacji. I czy wspominałem, że za cierpliwość? Bywam męczący i czasami się dziwię, że wciąż ma jej do mnie tyle. Poza tym warto wspomnieć, że po skromnych siedmiu latach propagandy zgodziła się na adopcję wyżła!
Ł.S.: Odwróćmy pytanie. Justyno, a co Ciebie ujmuje najbardziej w Bartku?
J.: Wiele kwestii. Uwielbiam to, że mogę być przy nim sobą i akceptuje mnie taką jaką jestem. A jeśli próbuje zmieniać, to tylko na lepsze, bym potrafiła z większą miłością patrzeć na siebie. Jest moim domem, bezpieczną przystanią i najbliższą mi osobą, z którą uwielbiam iść przez życie.
Bardzo cenię jego intelekt i bystrość. Kocham nasze codzienne rozmowy na błahe i ważniejsze tematy. Kocham poczucie humoru Bartka, czasem rozbawia mnie naprawdę do łez. Jest moim największym wsparciem, moją “kłodą”. A na dodatek, zna moje wady i wciąż mnie kocha!
Ł.S.: Żyjecie ze sobą już kawał czasu, więc pewnie dorobiliście się jakichś rytuałów i rutyn, które powtarzacie. Czy możecie zdradzić nam kilka?
B.: Nauczyłem się, że rutyna nie jest niczym złym i przynosi nam tak bardzo potrzebny spokój. Jednocześnie staramy się, aby te nasze rytuały pomagały nam w budowaniu i umacnianiu naszej relacji. Dla mnie chyba najważniejszym są nasze codzienne rozmowy. Po powrocie z pracy zawsze “opowiadamy sobie dzień”, dzieląc się tymi dużymi i małymi rzeczami. To bardzo pomaga rozluźnić się i zwolnić po stresującym dniu. W czasie takiej rozmowy możemy wspólnie gotować, Justyna czasami ćwiczy.
Chciałbym też podkreślić, że bardzo często sięgam po jej wiedzę i doświadczenie w zakresie prowadzenia firmy. Justyna jest “korpoludkiem” i zawsze pracowała w organizacjach o bardzo konkretnej strukturze. Zderzamy sobie zatem perspektywy “wielkiej firmy” i “małej firmy” i wychodzą z tego naprawdę ciekawe rzeczy, które bardzo pomagają mi poukładać sobie wszystko. Co rano kiedy wychodzę do pracy, Justyna żegna mnie w drzwiach, a jeżeli jest w domu kiedy wrócę, to również wita mnie w przedpokoju. To buduje mój spokój i daje poczucie “powrotu do portu”.
J.: Ale nasze życie to nie tylko praca! Uwielbiamy wymyślać sobie różne imiona i przezwiska.
Te najbardziej abstrakcyjne wymyśla Bartek. Kiedyś zaczął mówić do mnie “Kochpyś” oraz Miłości Pyś, potem przerobił to na “Panią Kochpysiową”, a jak byliśmy we Włoszech, wrzucił “Miłości Pyś” w Google Translate, który przerobił to na “Amore Puff”. Mam nadzieję tylko, że to nie będzie jak w tym dowcipie, że po kilku latach zapomnimy, jak naprawdę mamy na imię (śmiech). Ma też w zwyczaju mówić do mnie per “Pani” i tak się przyjęło, że często zwracamy się do siebie na “Pan/Pani” co musi dla osób postronnych brzmieć dziwnie.
B.: Mamy inne cykle dnia i nocy, chociaż Justyna nie bardzo wierzy w istnienie chronotypów i twierdzi, że wystarczy po prostu wcześniej wstawać i kłaść się spać.
Ja uwielbiam siedzieć wieczorami do późna, podczas gdy Justyna około 22-23 zaczyna już odpływać. Kiedy podejmuje decyzję, że idzie do łóżka to zawsze mówi “tylko proszę nie siedzieć długo” w trosce o to, abym wyspał się przed następnym dniem. Lubię czasami te momenty, kiedy to akurat ona siedzi dłużej wieczorami i ja mogę przestrzec ją przed zgubnymi skutkami zarywania nocy!
J.: Tutaj muszę podkreślić, że Bartek mówi o wyżłach – bardzo lubi te psy i chyba tęskni za swoimi dwoma “Wirusami”, więc często w kompletnie przypadkowych momentach wspomina o tej rasie. Każdego dnia słucham, że przydałby się wyżeł albo ile tych wyżłów by się przydało. Lubi też przerabiać polskie przysłowia i związki frazeologiczne na takie, które zawierają wzmianki o wyżłach. Od pewnego czasu zaczął też używać tych wyżłów w zdaniach po angielsku i zamiast mówić “That’s the whole point” mówi “That’s the whole pointer”… Może lepiej tego nie piszcie, bo wyjdzie na wariata, ale kocham go, bo to mój wariat 🙂
Ł.S. Bawicie się dzisiaj na Roztoczu, niedaleko rodzinnego Józefowa Justyny, a na co dzień mieszkacie w Warszawie. Czy często podróżujecie między tymi dwoma miastami?
J.: Tak, jesteśmy z dwóch różnych miast, ale często jeździmy na Roztocze, aby trochę odetchnąć. Kiedy wychowywałam się tutaj nie widziałam aż tylu zalet “małej, lubelskiej miejscowości” jaką jest Józefów. Dopiero kiedy zaczęłam tu przyjeżdżać po latach, wyrywając się z zabieganej Warszawy zobaczyłam jak bardzo mogę odpocząć w domu rodzinnym. Bartkowi chyba też się podoba, bo nawet przechrzcił Józefów na “Justynkowo”.
Bartek mówi o wyżłach – bardzo lubi te psy (…) często w kompletnie przypadkowych momentach wspomina o tej rasie.
B.: Często jeździmy na Roztocze. Tutaj również mamy kilka rytuałów. Kiedy jeździmy do domu Justyny do Józefowa, to przejeżdżając przez podwarszawski Józefów, zawsze mówimy, że “jesteśmy na miejscu” co jest tak suche, że aż zabawne. Z drugiej strony, gdy wracamy do Warszawy to przejeżdżając przez Wisłę lubimy włączyć piosenki sanah “Eldorado” lub “Warszawa” opartą o wiersz Juliana Tuwima o tym mieście. Podróżowanie to też świetna okazja, aby ze sobą porozmawiać.
Natomiast co do samego Roztocza, to pokochałem je strasznie głównie za ten spokój i ciszę. Doskonale tam śpię i czasami śmieję się, że jest tam żyła wodna, bo zaczynam ziewać zaraz po wjechaniu do powiatu biłgorajskiego. W Justynkowie mogę wyjść na świeże powietrze i poczytać książkę. Do posiłków wykorzystać świeże warzywa i owoce z ogródka teściowej albo jajka od cioci Izy. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć też o absurdalnie wielkich zapasach wina, którym teść bardzo lubi mnie częstować. Już kilkukrotnie szukając miejsca na wakacje lub krótszy odpoczynek decydowaliśmy się po prostu przyjechać tutaj i nigdy nie żałowaliśmy.
Ł.S.: Jak wyglądały zaręczyny?
B: Było wspaniale i absolutnie filmowo, ale raczej z kategorii “komedii romantycznych”. Pierścionek kupiłem dosłownie w ostatniej chwili, cudem przeniosłem go przez kontrolę na lotnisku, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia ze skanującym mój bagaż kontrolerem. Gdy przylecieliśmy do Wenecji, zastała nas potworna ulewa. Następnego dnia, gdy szliśmy na spacer pokazać rodzicom Justyny piękno tego miasta, to… również lało jak z cebra. W efekcie przemykaliśmy się między uliczkami w przemoczonych ubraniach, a ja nosiłem strasznie duże pudełko z pierścionkiem na piersi zachodząc w głowę gdzie będę mógł “paść na kolano”.
J: Byłam bardzo zdenerwowana, bo chciałam pokazać rodzicom to miasto. Planów Bartka oczywiście nie znałam, więc skupiałam się na tym jak bardzo trudno jest dostrzec piękno Wenecji, gdy miasto jest skąpane w strugach deszczu. Z każdym kolejnym “przystankiem” denerwowałam się i stresowałam coraz bardziej…
B: A ja widząc to zdenerwowanie, coraz bardziej czułem, że nie uda mi się zadać tego kluczowego pytania tutaj. Pod koniec dnia, gdy byliśmy przemoknięci do suchej nitki i minęliśmy ostatni, wybrany punkt, gdzie mogłem uklęknąć, aby było “pięknie” zapytałem Justynę, co jest lepsze — Wenecja w deszczu, czy Florencja w słońcu. Następnego dnia mieliśmy po śniadaniu jechać właśnie do stolicy Toskanii. Odpowiedziała, że mimo wszystko Wenecja, więc plan musiał zostać zrealizowany tutaj.
J. Następnego dnia po śniadaniu, Bartek nagle doszedł do wniosku, że jest jeszcze jedno miejsce, które chce nam pokazać i że wszyscy mamy iść za nim.
Tłumacząc się tym, że deszcz zelżał, nie chciał schować pod pelerynę przeciwdeszczową swojego plecaka. Kierując się mapą, poprowadził nas na ten sam, przepiękny i absolutnie zwyczajny pomostek wychodzący na Canale Grande, który zachwycił nas, gdy po raz pierwszy pokazywał mi Wenecję. Tam wyszliśmy i powiedział, że będzie mi robił zdjęcia, a po chwili zaproponował, abym się obróciła i rozłożyła ręce. Serce uderzyło mi szybciej, bo to chyba miał być ten moment!
B. I ja wtedy, na środku kanału, na drewnianym mostku o szerokości 1 metra padam na kolano, ściągam ten przeklęty plecak, wyciągam pudełko, z pudełka drugie pudełko, a z tego pudełka pierścionek. Ręce latały mi tak, że chociaż wcześniej się z tego śmiałem, teraz poważnie zacząłem się obawiać, że wrzucę pierścionek do wody. Poprosiłem Justynę, żeby się odwróciła i zapytałem, czy zostanie moją żoną.
J. Powiedziałam “tak” i w ten sposób 5 października 2024 roku stałam się jego narzeczoną.


Dodaj komentarz